A A A

Zatrzymane przemijanie

Zatrzymane przemijanie : dziecko w fotografii; Foto Pozytyw

„Bezpośredniość dzieci mnie razi, paraliżuje”
McEwan – „Motyle”

„Im bardziej, Panie Redaktorze, poznaję dorosłych,
tym bardziej zakochuję się w dzieciach”

K.I. Gałczyński – „Listy z fiołkiem”

Victor Hugo widział w dziecku anioła. Zbyt często porzucanego i wynędzniałego, by mogło rozwinąć swe skrzydła. Rysując postacie Kozety i Gawroche’a w „Nędznikach” nasycał ich twarze tęsknotą za bezpiecznym ciepłem ale i pełnym zaufania uśmiechem. Zygmunt Freud widział w dziecku demona. Nieromantycznego potwora, nacechowanego seksualizmem, delikatnego lecz krnąbrnego i złośliwego. O dzieciach pisali poeci i prozaicy. Wordsworth „ustawił” dziecko po obu stronach Tego i Tamtego świata, Goethe w „Królu Olch” zaklął chłopca w pożądliwych ramionach władcy boru, Harper Lee w „Zabić drozda” zmusiła małą dziewczynkę do uczestniczenia w okropnym świecie dyskryminacji i intryg, a Ian McEwan wydobył z niewinnych duszyczek mordercze instynkty („Betonowy ogród”).

W sztuce Średniowiecza w ogóle nie było dzieci. Aniołki i mały Chrystus w malowidłach artystów miały twarz dorosłego człowieka. Zmieniło się to w wieku XIII, a pod koniec Średniowiecza pojawiło się w sztuce dziecko nagie.

Hagiografia chrześcijańska wzrusza swych wiernych dziećmi świętymi; św. Roch miał przyjść na świat z czerwonym krzyżem na piersi, a św. Agnieszka z małymi krzyżykami na całym ciele. Święte dziecko było nie byle jakim autorytetem i przewodziło wielkim zmianom, jak choćby św. Agnieszka w powieści o prześladowaniach pierwszych chrześcijan (ks. Wiseman – „Fabiola”).

Ewa Nowina-Sroczyńska wspomina o dziecku magicznym, „łączniku między dwiema sferami rzeczywistości – tą rozpoznawalną i tą nierozpoznawalną, lecz przeczuwaną”. Pisze o dziecku, że „nie jest jeszcze demoniczne, ale już zostało wydane na pastwę demonom” („Przezroczyste ramiona ojca”, wydaw. UŁ, Łódź 1997). Ów pół-demon wydaje się być odzwierciedleniem dorosłego człowieka, choć z drugiej strony niewystarczająca jest jeszcze siła przebicia owej dorosłości – i stąd chyba urzekające piękno bojące z roześmianej, ale też i z faktu np. nadepnięcia psu na ogon. Duchowa dwoistość dziecka rzuca wyzwanie literatom i artystom plastykom. Uwiecznić ową naturalność – niejako początek i koniec wszechistnienia – to zadanie z pogranicza magii i rzeczywistości.

Lewis Carrol uwielbiał dzieci z wyjątkiem chłopców. Fotografował więc dziewczynki. Uważał, że zatrzymanie obrazu dziecka na kliszy równa się zatrzymaniu samego dzieciństwa. Według leksykonu symboli dziecko jest symbolem początku i pełni możliwości. Być może zdjęcie dla autora „Alicji a krainie czarów” było początkiem do pełni literackich możliwości w celu tworzenia małych postaci na kartach swych baśni…

Nie jest też chyba zagadką, dlaczego właśnie dziewczynki. Lewis był mężczyzną, a każdy mężczyzna to potencjalny ojciec. Psycholog Andrzej Samson mówi, że „mimo powszechnego pragnienia posiadania syna, ojcowie raczej skąpo obdarzają swoich męskich potomków bezpośrednimi manifestacjami emocjonalnej akceptacji i miłości”. Wyjaśnienie jest być może jeszcze prostsze w zdaniu wypowiedzianym chyba przez jednego z prerafaelitów Johna Millaisa: „Jestem mężczyzną, więc maluję kobiety i dziewczęta”.

Współczesnym prerafaelitą jest Andrzej Różyczki, fotografik i twórca filmów etnograficznych. Odnosząca się do symbolu ideologia i aura romantyzmu jego fotografii ukazuje rachityczną jeszcze kobiecość, wyzierającą spod dziewczęcego spojrzenia w obiektyw. Jego „dziecięce” zdjęcia objechały wiele wystaw; kilka z nich zamieściła w swojej książce wspomniana już przeze mnie E. Nowina-Sroczyńska.

Kwestia tworzenia sztuki z udziałem dzieci jest ciągle otwarta. Odmienne stanowiska w tym temacie dwóch znakomitych psychoanalityków – Junga i Freuda – tylko uwydatniają ów problem. Z punktu widzenia psychologii przedstawienie dziecka na fotografii, obrazie lub w rzeźbie jest niewątpliwie efektem podświadomych oczekiwań (np. potrzeba posiadania potomstwa), lęków (strach przed starością i śmiercią) itd. Freud dopatrywał się w nieświadomości tłumionych kompleksów, z których rodzić się ma neurotyczna sztuka. Jung z kolei widział w nieuświadomionej części naszej duszy także dążenia, które są siłą potrzebną do organizacji zdrowego życia.

Artystyczny portret dziecka jest sztuką niełatwą. Trzeba wziąć pod uwagę choćby atrakcyjność uchwycenia twarzy (atrakcyjność nie znaczy „ładność”), ale przede wszystkim trzeba uchwycić… samo dziecko. I jeśli ten mały człowiek w twórczości prerafaelitów jest symbolem płodności i przemijania (np. „Jesienne liście” Millaisa), niewinną seksualnością w twórczości malarza Bouguereau („Wet Cupid”, 1891), to w fotografii Różyckiego – stanem między dzieciństwem i śmiercią.

Dziecko – to jeden z etapów zmieniającej się zmieniającej się bez ustanku istoty. Autor bajek dla dzieci – M. Turnier fotografował dzieci właśnie dla „zatrzymania” tej wędrówki. Uważał, że „w gruncie rzeczy fotograf to ludożerca nieświadomy własnego statusu i (…) gdyby można było zjadać dzieci, znacznie rzadziej by je fotografowano (cytat z książki E. Nowiny-Sroczyńskiej).

Wędrówkę fotografowie przedstawiali też dosłownie. Na zdjęciu Wernera Bischofa z 1954 roku widzimy małego Peruwiańczyka, grającego na flecie i idącego nie wiadomo dokąd. Skupienie chłopca w połączeniu z dziarskim krokiem przywodzi na myśl buddyjskiego mnicha, wędrującego w milczącym umiłowaniu dla samego wędrowania. Zdjęcie to zostało potem wykorzystane w projekcie okładki o Wernerze Bischofie („Werner Bischof”, Bern 1990).

Dziecko pojawiało się w obiektywach wielu fotografów. Było obdarte i przestraszone u Arthura Rothsteina („Żona i dzieci Sharecropper” z 1935 r.), biedne u Carla Mydansa („Matka i trzech dwójka dzieci żyjąca w jednym pokoju…” z 1936 r.), pozujące sztywno do zdjęcia (np. fotografia trzech synów Z. Freuda), skrzywdzone i bezimienne u Cecylii Larrabure z Peru („Czegoś brak”). Dziecko wesołe, uśmiechnięte pojawia się w fotografii artystycznej dość rzadko. Powód wynika chyba z tego, o czym pisałem wcześniej. Tak, jak w zamierzchłych czasach (a nieraz nawet i dziś) człowiek antropomorfizował niektóre zjawiska wszelkie zjawiska oraz własne lęki, nadając im wizerunek uczłowieczonych istot – tak i dziecko ukazujemy najczęściej jak dorosłą osobę: powabne, podstępne, poważne, złe. I choć czasem pozostaje ono na zdjęciu dzieckiem – zabija zwykłą dziecięcość, nasycając ją zbyt dużą ilością cierpienia i dojrzałego świata, by ją utrzymać w stanie czystym.
 

2009-2017 Artur Nowakowski :: webdesign - grafika