A A A

Dewastacja książek...

Dewastacja książek pod kątem pozyskiwania materiału ilustracyjnego i zbywania go na aukcjach internetowych; Bibliotekarz.- 2014, nr 7/8, ss. 14-18

(...) Kolekcjonerstwo grafiki ma swoje głębokie tradycje, sięgające wieku XVII. Powstawały wtedy odpowiednie gabinety rycin, skupione wokół dworów monarszych, potem bibliotek i wreszcie prywatnych księgozbiorów. Grafikę zbierali i zbierają zarówno miłośnicy sztuki jak i bibliofile. Istnieje też bogata literatura prezentująca sylwetki zbieraczy i ich bogate kolekcje. Ewa Frąckowiak wspomina, że pierwszą publikacją śledzącą kolekcje grafiki w Polsce był Catalogue d’une Collection Iconographique Polonaise z 1865 roku (w: Miłośnicy grafiki i ich kolekcje w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie; 2006). Śledząc rozwój zbieractwa rycin można odnieść wrażenie (całkiem zresztą słuszne), iż aby stać się ich kolekcjonerem, należy zainwestować w nie całkiem spore sumy. Dotyczy to, rzecz jasna, grafik o wysokim statusie kolekcjonerskim, na który składa się data wyprodukowania odbitki, jej stan, wreszcie kwestia autorstwa (zarówno jeśli chodzi o artystę, jak i rytownika). Kosztowniejsze są też grafiki barwne oraz odbitki samoistne.

Przed epoką Internetu zakup grafiki wiązał się z czynnościami, z których współczesny nabywca może z powodzeniem zrezygnować. Osobista wizyta w antykwariacie, bezpośredni kontakt z ryciną oraz rozmowa z antykwariuszem czyniła zakup pełniejszym i wzbogacała go o istotne informacje. Zakup na witrynie internetowej antykwariatu bądź na jednym z popularnych portali aukcyjnych jest prostszy i szybszy, tym samym – niejednokrotnie – zubożony o wspomniane powyżej elementy. Wreszcie – dzięki kumulacji ofert w jednym miejscu – potencjalnemu nabywcy łatwiej dokonać zakupu. Propozycje sprzedawców opatrywane są nierzadko zachęcającymi hasłami w rodzaju „Niebanalny prezent dla bliskiej osoby!”, czy też „Ozdoba gabinetu i sypialni!”, czyniąc rycinę bardziej już luksusowym gadżetem, aniżeli przedmiotem zbierackich pasji. Nie mniej jednak nie brakuje kupców poważnie zainteresowanych kolekcjonerskimi walorami odbitek miedziorytowych, stalorytowych czy drzeworytów.

Sprzedawcą w Internecie może zostać każdy. Korzystając z pośrednictwa portali aukcyjnych nie musi on nawet zakładać firmy, aby móc sprzedać określoną ilość takich czy innych przedmiotów. Podobnie jest z asortymentem bibliofilskim: obok antykwariatów funkcjonują na rynku osoby prywatne, pozbywające się części własnych kolekcji lub w ograniczony sposób inwestując w druki, by potem je sprzedać po odpowiednio wyższej cenie. Niestety nie wszyscy sprzedający mogą się wykazać znajomością zagadnień związanych z kolekcjonowaniem grafik. Nieprzygotowanie merytoryczne skutkuje czasem podawaniem bardzo przybliżonych dat publikacji, ignorowaniem wcześniejszych proweniencji, albo brakiem zaangażowania w precyzyjne ustalenie nazwiska twórcy sztychu. Nic w tym dziwnego, skoro spora ilość sprzedających to amatorzy, którzy dostali pakiet grafik w spadku, lub odnaleźli je w jakimś zapomnianym kącie strychu bądź na półkach starego regału. Zdarza się też pewnie i tak, że grafika jest celowo oddzielana od macierzystego dzieła z nadzieją, że pojedynczo uda się je sprzedać po dużo wyższej cenie.

W historii książki znane są przypadki niszczenia cennych woluminów w celu „odzyskania” z nich interesujących map bądź ilustracji. Nie zawsze też powodem takiej działalności była chęć wzbogacenia się. István Ráth-Végh, autor Komedii książki (Ossolineum, 1994) przytacza przykład XVIII-wiecznego Paryża, w którym „do różnych zwariowanych mód należało kolekcjonowanie barwnych ilustracji książkowych. Wycinano je, a potem wyklejano nimi ściany pieców i parawany kąpiących się dam”. Owa chuliganeria, jak ją nazwał autor, była czasem efektem poważniejszego zbieractwa. W tej samej publikacji Ráth-Végh wspomina o angielskim księgarzu Johnie Bagfordzie, który podczas licznych wizyt w najprzeróżniejszych bibliotekach pozbawiał księgi samych stron tytułowych (nierzadko pięknie ilustrowanych), po czym w świadomości szybko powiększającej się kolekcji porządkował je, katalogował i oprawiał w pokaźne woluminy, których ostateczna liczba oscylowała wokół setki. Niestety, nawet biblioteczna pieczęć na odwrocie karty tytułowej, czy też frontispisu i innych grafik nie odstrasza potencjalnego niszczyciela. Jak uznaje Ludwik Gocel, autor Przypadków jej królewskiej mości książki (Ossolineum, 1963) taki złodziej „pieczątki wytrze lub wytnie i najordynarniej książkę sprzeda”. Lub – co bardziej opłacalne – wolumin rozłożony na części, czyli ilustracje, mapy i zdobione strony tytułowe. Łupem dewastatorów padały też wycinki gazet, opatrywane także i rycinami, sprzedawane potem (już nawet w XIX wieku) przez antykwariuszy w postaci profesjonalnie zszytych i oprawionych tomów, zmniejszając tym samym – jak konstatuje Zbysław Arct w Dziwnych historiach książek (Ossolineum, 1969) – zasoby tych wartościowych periodyków (...)

całość w: Bibliotekarz, 2014, nr 7/8
 

2009-2017 Artur Nowakowski :: webdesign - grafika