J.G. Pawlikowski: „Jak upiększyć Tatry?” (1923)

jakMiłość do Tatr wyzwala reakcje różnorakie. Są tacy, u których czołobitność wobec majestatu kwestii tatrzańskich jest cokolwiek nieokiełznana, ale są też tacy, którzy z palącymi problemami upaskudzania polskich gór obchodzą się z intelektualną zwinnością i gracją. Lekki, prześmiewczy ton jeszcze nikomu nie zaszkodził, zwłaszcza tym, którzy potrafią odnieść się do swej natury bez przesadnego naburmuszenia.

Zestaw aktywności wokół infrastruktury tatrzańskiej już od dawna budził mieszane uczucia; w tzw. literaturze „ochraniarskiej” zaznaczyły swoją obecność szczególnie wyraźnie. Najczęściej były to pełne patosu i słusznego skądinąd zaangażowania referaty, wzbogacone statystykami i wnioskami przedstawicieli świata nauki. Rzadziej głos zajmowali literaci, a jeśli już, to tylko pośród kart swych nowel, poezji i powieści. Dlatego wyjątkowym głosem w tzw. kwestii przyozdabiania Tatr jest satyryczny tekst Jana Gwalberta Pawlikowskiego zamieszczony w pierwszym tomie „Wierchów”, ustylizowany na list do redakcji od przejętego miłośnika gór.

Dyżurnym tematem (bo jednym z pierwszych) zawsze był krzyż na Giewoncie, który wg autora jakkolwiek ma u góry krzyżową poprzeczkę, w niczem krzyża nie przypomina (…). Większe już podobieństwo ma do wiatraka amerykańskiego albo do pomniejszonej wieży Eiffel. Umiejscowienie krzyża na najcharakterystyczniejszym szczycie Tatr Polskich natchnęło Pawlikowskiego do dalszych krotochwilnych wniosków: Nasuwa się myśl, że gdyby nie wojna i odwrócenie uwagi patrjotów w inna stronę, byłaby może już na każdym szczycie drobna jakaś pamiątka… Ubiega się więc piewca Tatr o hotel nieopodal Morskiego Oka, niczym monokl w złoto oprawny, molo wbijające się w wodę, setki gondol wesoło pląsających po czarnych falach. Uprasza się też tedy autor o altanki i parasole na wierchach, lunety obracające się ponad stolikami, sztucznych górali i sztuczne czarownice, kolejkę biegnącą wzdłuż Doliny Roztoki (wykorzystującą siłę wodną z Siklawy) oraz kolorowy napis utworzony z żarówek: „Siklawa czyli Niagara tatrzańska”. Na uwagę zasługuje też pomysł uatrakcyjnienia procesu samobójstw, jakim parają się co poniektórzy turyści: uważam, że nie można nikomu bronić przeniesienia się na drugi świat umyślnie, już choćby dlatego, że artykuł 101 konstytucji zapewnia obywatelowi swobodę miejsca pobytu. (…). Można by pomyśleć o elektrycznych fotelach amerykańskich (…), [choć] środek ten zawiera mało poezji (…). Dlatego proponuję środek inny, uwzględniający właściwości lokalne. Oto do ramienia tak zwanego krzyża na Giewoncie należy przywiązać linkę, na której kandydat rozhuśtawszy się, mógłby wprost z wysokości tysiąca metrów spaść do Strążysk. (…) Trzeba u linki przywiązać trąbkę, którąby można dać sygnał ostrzegawczy (…). W każdym razie bezpieczniej będzie po Strążyskach chodzić z parasolem... Spadające z wysokości trupy mogą bowiem zagrażać przygodnym turystom, niezwykłym do uczestniczenia w podobnych incydentach. Podobnie zresztą jak (mimo wszystko) podczas spotkania z niedźwiedziem: ponoć niedźwiedź nie zaczepiony nie rzuca się na człowieka. Ale cóż, jeśli przez pomyłkę weźmie człowieka za wołu lub świnię?… Odpowiedzi warto czasem szukać nie tylko w pełnych powagi opracowaniach popularnonaukowych. Pawlikowski – jako postać niewzruszenie kojarzona z Tatrami i Podhalem – daje odpowiedzi nie mniej zaangażowane, na pewno jednak pełne zmyślnych zabiegów kształtujących i gruntujących pogląd na zachowanie naturalnego stanu naszych gór w nienachalnej manierze.

F. Machay: „Cośmy za jedni?” (1919)

cosmyzajedniPoszanowanie dla własnej kultury i języka, będące następstwem tęsknoty za spokojem i poczuciem bezpieczeństwa, ma swój rodowód zawsze tam, gdzie czuć realne bądź wyimaginowane zagrożenie. Obce elementy nie przez wszystkich są tak traktowane; kosmopolityczne postawy potrafią ukazać walor odmiennej perspektywy, ale mogą też wpływać na degenerację własnej tożsamości, także w ujęciu jednostkowym. Nie bez przyczyny podzieliliśmy się na narody, kultury i objęte w jakieś granice państwa.

Ferdynand Machay (1889-1967) postanowił dać wyraz swojemu przywiązaniu do polskości zawężając swą kontestację do obszaru Spisza i Orawy. Cośmy za jedni jest druczkiem wybitnie propolskim, określającym przywiązanie do własnej narodowości również przez pryzmat sąsiednich regionów: „Przyjacielu mój miły! (…) A czy wam do głowy nie przyszło, że w Dunajcu, w Zakopanem, w Nowym Targu Podhalanie mają tę samą gwarę? (…) Ci Podhalanie (…) to gałęzie z tego samego drzewa co my, (…) oni nie wstydzą się swojej gwary…”. Fragment dotyczy uległości wobec Słowaków w rodzinnych stronach autora, ale przecież uniwersalizm przekazu wybiega daleko w przyszłość, aż do naszych czasów, mimo iż nie grozi nam ani okupacja, ani lingwistyczny terror – póki co, rzecz jasna. „Nie wstydzić się ojca swego i matki swojej” urasta w tej trzydziestostronicowej broszury do rangi przykazania, a zawołania w rodzaju „Po naszemu!” manifestują ból melancholii i pragnienie powrotu do macierzy.

Druk został wydany staraniem Koła Polaków Orawskich i Spiskiem pod kierownictwem Machaya i był kolejną już edycją; poprzednia ukazała się w Jabłonce w 1912 roku. Dość rzadka publikacja.

Bibliotekarska działalność Żeromskiego w Zakopanem

zeromskiPodtatrze, w szczególności zaś Zakopane, stanowiło w pierwszych latach XX stulecia ważny azyl dla gości z problemami zdrowotnymi. Stolica polskich Tatr oferowała wyjątkowe właściwości przyrody, na które schorowany organizm nie pozostawał obojętny. Jak informowała ulotka Sanatorium Dłuskiego (dla chorych na płuca), klimat Zakopanego i Podhala „charakteryzuje się głównie nadzwyczajną czystością powietrza, większą suchością takowego, wreszcie zwiększonem natężeniem promieni słonecznych” (Sanatoryum dla chorób piersiowych w Zakopanem; Warszawa 1906). Zakopiańska stacja klimatyczna, początkowo ograniczająca sezon leczniczy do miesięcy letnich, od 1892 roku rozszerzyła go na cały rok. Na przełomie wieków ukazało się sporo opracowań i sprawozdań określających poziom zdrowienia rezydentów sanatoryjnych i zestawiających szczegółowe dane dotyczące lokalnego klimatu. Wiedza o uzdrawiających właściwościach Zakopanego docierała do obywateli w całej Polsce, nie dziwi więc wzrost liczby wizyt pod Giewontem. Było wśród nich wielu artystów, ludzi kultury oraz pisarzy.

Dolegliwości płucne zmusiły do przyjazdu do Zakopanego także Stefana Żeromskiego. Już w 1899 roku pisze tutaj Ludzi bezdomnych. Ochotę na wędrówki po górach, które pozytywnie wpłynęły na jego potencjał twórczy, zaszczepił mu kilka lat wcześniej Władysław Matlakowski – lekarz i badacz podhalańskiej sztuki ludowej – nakłaniając go w sposób dość osobliwy: „chodzić, chodzić, chodzić po górach, po wirchach (…). Pluj pan na doktorów, na ich lekarstwa, na wszelkie przepisy i rady. Chodzić po górach!” (za: Hanna Mortkowicz-Olczakowa: O Stefanie Żeromskim, Warszawa 1965). Świeże i ostre powietrze górskie (także to alpejskie z wcześniejszych lat pobytu w Szwajcarii) było istotnym elementem wzmacniającym nadwątlone gruźlicą płuca Żeromskiego. Gdy w roku 1892 wyjechał z rodziną do Szwajcarii, od razu objął posadę młodszego bibliotekarza w Muzeum Narodowym Polskim w Raperswilu . Przebywanie wśród zakurzonych dokumentów (za stosunkowo niską pensję) wpływało niekorzystnie na zdrowie, powodując tym samym znaczne ograniczenie zdrowotnego wpływu alpejskiej aury. Pobyt w Raperswilu zakończył się w roku 1896, w efekcie tarć z kustoszem w kwestii zalewu zbiorów tandetą i miernymi kopiami. Mimo to zostawił w tym miejscu Żeromski wiele serca i pasji: „Praca biblioteczna i muzealna Żeromskiego (…) była bardzo wszechstronna, często fizyczna (…)” (ibidem), obejmująca zarówno katalogowanie książek, przepisywanie fiszek, ale i naklejanie exlibrisów, powiększanie katalogu kościuszkowskiego, sporządzenie podziału terytorialnego w dziale sztychów, a także stworzenie tzw. pokoju Mickiewicza.

Kondycja Żeromskiego nie uległa poprawie także po powrocie do kraju w 1897 roku, kiedy podjął pracę w Bibliotece Zamoyskich w Warszawie. Hanna Mortkowicz-Olczakowa przytacza słowa prozaika, który „opowiadał, jak na polecenie swego szefa Korzona (…) porządkował i odkurzał całe stosy starych dzienników, duplikatów. (…) Znowu bolały go ręce, noga w stopie, nerki, dokuczał szum w głowie i bezsenność. (…) W czasie pracy u Zamoyskich Żeromski ciągle gorączkował” (ibidem). Pobyt w Zakopanem w 1899 roku nie polepszył sytuacji i Żeromski wyjechał do Warszawy. Pierwszy dłuższy – prawie roczny – pobyt pod Giewontem rozpoczął się w roku 1904, po sukcesie wydawniczym Popiołów.

Utworzona tu w 1900 roku Czytelnia Zakopiańska istniała w formie bardziej klubu dla dyskutantów, dlatego też jeden z działaczy społecznych – Dionizy Bek (1865-1907) – wysunął propozycję przekształcenia jej w Bibliotekę Publiczną (jej statut został zatwierdzony 15 sierpnia 1904 roku), w której miałyby się znaleźć publikacje polskich pisarzy, zestawienia bibliograficzne, wydawnictwa encyklopedyczne, polskie i obce periodyki, zbiory ludowych pieśni, słowniki gwarowe oraz językowe. Pomysł Beka spotkał się z bardzo pozytywnym odzewem, min. przebywającego w tym czasie w Zakopanem Stefana Żeromskiego. Do spółki z Bekiem przyczynił się w poważnym stopniu do reorganizacji księgozbioru i uczynił z placówki miejsce będące centrum działalności kulturalnej. Ów prężny okres naukowy w Zakopanem objawił się wzmożoną aktywnością na polu popularyzacji wiedzy i promocji czytelnictwa. Skłonności Żeromskiego do pracy z książką sięgały daleko poza okres raperswilski; już jako młody człowiek kolekcjonował książki i „zainicjował założenie biblioteki uczniowskiej tajnego kółka młodzieży gimnazjum w Kielcach. Założył w 1889 roku czytelnię ludową w Oleśnicy” (Mieczysław Mantyka: Z dziejów zakopiańskiej biblioteki 1900-2000, Zakopane 2000). Warto też wspomnieć, że już w 1894 roku brał aktywny udział w tworzeniu biblioteki Towarzystwa Szkoły Ludowej przy ul. Krupówki, której założenie znacząco wpływało na rozwój czytelnictwa w podhalańskich wsiach.

Utworzenie Biblioteki Publicznej i pierwszy pozytywny oddźwięk wśród społeczności Zakopanego odbiły się echem w lokalnej prasie. „Przegląd Zakopiański”, którego jednym z redaktorów był Bek, odnotował regularny napływ nowych dzieł i zwiększającą się liczbę czasopism, przewidując, iż placówka stanie się niebawem centrum życia kulturalnego. Pozyskanie pierwszych woluminów nastąpiło dzięki Towarzystwu Tatrzańskiemu, które przekazało pokaźną ilość literatury pięknej oraz opracowań historycznych, ale także dzięki samemu Żeromskiemu, który podarował kilka skrzyń z własnego księgozbioru. Okazał się przy tym sprawnym zarządcą; dzięki organizowanym przez niego odczytom i wieczorkom literackim kasa Biblioteki wzbogaciła się o dodatkowe wpływy. Taka aktywność stała się fragmentem wspomnień polskiego dyplomaty i doktora filozofii Michała Sokolnickiego (1880-1967) w jego książce Czternaście lat z 1936 roku: „Był on wówczas [Żeromski] (…) jednym z organizatorów oraz protektorem Biblioteki. (…) Wraz z otaczającym go gronem młodszych literatów i artystów zaczął organizować w Czytelni Zakopiańskiej cotygodniowe wieczory literackie (…). Pojawiał się tam tajemniczy Miciński, posępny Orkan, brał udział chudy i wiecznie mizerny Daniłowski (…). Przychodzili intelektualiści krakowscy i lekarze” (za: M. Mantyka: Z dziejów zakopiańskiej…). Historyk Franciszek Rawita-Gawroński (1846-1930) wspomina także o założeniu miesięcznika o charakterze naukowo-literackim o nazwie „Rok Polski”, którego redaktorem naczelnym został Roman Rybarski, a Żeromski „obiecał dać powieść”, choć „nie dał wszakże wcale” (Franciszek Rawita-Gawroński: Wspomnienia, wypadki, zapiski. W Zakopanem [1914-1916], Gdańsk 2012). (…)

Powyższy tekst stanowi fragment artykułu, jaki ukazał się w 4. numerze „Bibliotekarza” z 2016 roku.

S. Barabasz: „Niedźwiedź w Tatrach” (1929)

niedzwiedzwtatrachZ pewną ostrożnością należy podchodzić do tego typu szkiców. Obrońcy zwierząt nie byliby zachwyceni opowiastkami polskiego architekta i pedagoga związanego z Tatrami i Podhalem. Ale przecież także i myśliwego, dlatego nie dziwi ton zdobywcy i pogromcy dzikich zwierząt. Stanisław Barabasz (1857-1949) był autorem wielu tekstów o tematyce myśliwskiej, a „Niedźwiedź w Tatrach” jest jednym z nich. Odbitka z 7. rocznika „Wierchów” przedstawia niedźwiedzia tatrzańskiego w barwach intruza, rabusia i bezpośredniego zagrożenia dla mniej lub bardziej przeciętnego mieszkańca Tatr i Podtatrza. Historie z końca XIX i początków XX stulecia pełne są krwi, smrodu prochu i zapału myśliwych: Po zabiciu pierwszego niedźwiedzia tak się w tem polowaniu rozsmakował, że w jesieni tygodniami siedział w górach, roboty w domu zaniedbywał, aby tylko upatrzyć niedźwiedzia i zabić. To akurat o Wojtku Bukowskim z Pająkówki. Inni, tacy jak Jędrzej Stopka Mocarny z Polan, brali na łowy swoje córki. Akurat ta od Stopki była tęgą dziewką, która mogłaby unieść najtęższego capa. Na poszukiwania niedźwiedzi chodzono też całymi rodzinami. Bracia Jasiek i Kuba Tyrałowie na ten przykład chodzili zawsze razem, młodszy ustępował często strzału starszemu, jako lepszemu strzelcowi.

Prócz interesujących historii Barabasz zdobywa się jednak na podsumowanie dążące do systematyzacji odstrzału, tępiąc min. kłusownictwo, ale i zastrzegając, że aby prawidłowo ograniczyć wypas owiec, czy też zbiór drewna, należne być powinno prawo do polowań: Jeżeli Tatry mają być rezerwatem także i dla zwierzyny (…) trzeba polować. Nie dla tępienia (…), nie dla zysku (…), lecz dla utrzymania stanu równowagi w tej zwierzynie, przeciwdziałając jej degeneracji… Słowem – ciekawy głos w dawnych i współczesnych scysjach „ochraniarskich”.

M. Pinkwart: „Wariat z Krupówek” (2015)

wariatzkrupowekWitkacego można opisać już tylko w kontekście. Pwstało zbyt wiele tekstów, by kolejny miał potencjał wyjątkowego przyciągania. Właśnie dlatego takie tytuły jak choćby „Wojna Witkacego” K. Dubińskiego wydają się trwać pośród odtwórczo-jednoznacznych opracowań, nie zawsze złych i nudnych, ale jednak niewiele nowego oferujących. Z drugiej strony twórca Bunga jest już dziś tak wypatroszony i wyzuty z tajemnic demonicznego umysłu (ale i ze słabości artystyczno-towarzyskich), że trudno wymyślić na jego temat cokolwiek nowego.

A jednak kontekstu zakopiańskiego jeszcze nie było, co też wykorzystał podhalański skryba i znawca podtatrzańskiej rzeczywistości – Maciej Pinkwart. „Wariata z Krupówek” warto zacząć od notki na czwartej stronie okładki: W czasach poprawności politycznej, w czasach gdy artyzm zamienił się w hucpę, gdy twórcy, by zaistnieć wraz ze swymi dziełami, muszą zamieniać się w celebrytów i telewizyjnych błaznów, kultura dogorywa, wydawszy na świat swoją nieślubną córkę rozrywkę, a artyści jak sztandar obnoszą po świecie swój brak wiedzy i już nawet nie zerową, ale ujemną inteligencję wejście w szalony świat wariata z Krupówek może być jak orzeźwiająca kąpiel w tatrzańskim jeziorze w upalny dzień.

Rozczytując losy Stasia, potem już Witkacego, przeprawiamy się jednocześnie przez dawną otchłań zakopiańską: artystyczną, literacką, szelmowską i kokieteryjną. Do pewnego stopnia Witkacy może stanowić tam tło, ale na szczęście tak nie jest (historycznych monografii Zakopanego też jest co nie miara). Jest co czytać: na prawie siedmiuset stronach Pinkwart funduje nam nieśpieszny lot nad kołyską Stasia, kilkuletnie oczekiwania na Modrzejewską – matkę chrzestną, która wpierw musiała wypełnić swoje artystyczne obowiązki nim przybyła na chrzciny, zabiera nas na wędrówki górskie, konfrontuje zwyczajne nasze dusze z duszą opętaną miłostkami i wielkimi miłościami, proponuje udział w dalekich podróżach na antypody, ale i w pobliską Kościeliską, by potowarzyszyć J. Janczewskiej, gdy ta przez Witkacego popełniała samobójstwo. Pierwsze próby zakopiańskiego teatru, „orgie i fajfy” – do spółki z wyjątkową precyzją przy podawaniu źródeł (wypisy prasowe i tzw. listy zakopiańskich gości nadają książce rangę akademicką) stawiają pracę Pinkwarta na najwyższej półce. Trudno sobie wyobrazić tego typu publikację bez indeksu, toteż pojawił się takiż, wespół z interesującą warstwą ikonograficzną: fotografie mniej znane oczarowują, odbitki stron z gazet uzupełniają informacje – czego chcieć więcej w książce, która ma nam dać komplet wiadomości?…

M. Jagiełło: „Zbójnicka sonata” (2006)

zbojnicka_sonataZbójnik był dla górali bohaterem. Nawet gdy napadał na swoich, cieszył się niepowszednim szacunkiem. Odwaga, siła, opiekuńczość, z drugiej strony nieufność wobec obcych – takie cechy wychwalano najsilniej. Dla swoich zbójnik był człowiekiem walecznym, w żadnym razie godnym pogardy zbrodniarzem. Zbójnikami nie gardzono, choć oczywiście lękano się ich. Często dokonywano rozróżnienia między rozbójnikiem a zbójnikiem. Rozbójnik to zwykły cham, pozbawiony skrupułów rzezimieszek. Wg Augusta Wrześniowskiego, XIX-wiecznego zoologa, członka Towarzystwa Tatrzańskiego, „zbijanie”, dopóki istniało, uchodziło na Podhalu za coś zaszczytnego, bohaterskiego, „rozbijanie” zaś za rzecz haniebną. Zbójnik był ustawiony w góralskiej hierarchii gdzieś ponad, ale jednocześnie kojarzono go ze zwykłymi przymiotami podtatrzańskich społeczności. Na swój sposób był wierzący; znane są relacje z prób okiełznania ich temperamentu przez proboszcza Stolarczyka…

Powyższy cytat to jeden z wielu, jakie pojawiają się na kartach opracowania Michała Jagiełły pt. „Zbójnicka Sonata”. Obok innych publikacji opowiadających dzieje tatrzańskiego zbójnictwa książka Jagiełły jest wyjątkowa z dwóch powodów. Po pierwsze obchodzi się ona z zagadnieniem przez pryzmat piśmiennictwa polskiego XIX i początków XX stulecia, co w oczywisty sposób wiąże się w przytaczaniem wypisów takich autorów jak Radzikowski, Goszczyński, Stęczyński, Deotyma, Przerwa-Tetmajer, Brzega, Witkiewicz i wiele innych. Drugim powodem jest wyjątkowo żywy język, odbiegający od typowych monografii tego rodzaju; czytelnik ma wrażenie, że na nowo odczytuje wrażenia i doświadczenia tych, którzy mieli szczęście lub nieszczęście stanąć twarzą w twarz ze zbójnickimi familiami. Czasem jest nam ich po ludzku żal, kiedy czytamy odnotowane zapiski takich historyków jak np. Feliks Jana Szczęsny Morawski: w Nowym Sączu kleszczami szarpan, w koło wplecion”, albo: „W Lubicy postrzelon (…) Po czym wywiezion, iman i tracon. W każdym razie społeczności zbójnickie jawią się nam od tej pory jako nadzwyczajny twór wynikający po troszę z wyobrażeń o heroizmie i szlachetności, które – niedostępne dla większości śmiertelników – stają się choć odrobinę częścią nas samych.

Piękne wydanie Biblioteki Narodowej opatrzone jest reprodukcjami grafik, w tym litografii Bogusza Stęczyńskiego.

„Intymne”

intymnePerły retrospekcji w oprawie najbardziej chyba rozpoznawalnego głosu Teatru Witkacego. Ów „świt załamany” w obu „dłoniach deszczowych” pomiędzy „równoległymi liniami” owych spektakli „ledwie zniekształconych” upływem czasu – każda z nut zawiera pierwiastek równie intymny co będący udziałem każdego słuchacza. Siedemnaście utworów z płyty „Intymne” to powrót do przeszłości Teatru, do tekstów Ważyka, Tuwima, Dickinson, Miłosza, Jastruna i Witkacego. Melancholia przeplata się z krotochwilą, smutek z groteską, bezruch z pełną zapomnienia radością. Po „witaj, smutku” jest zawsze „żegnaj, smutku”, a samo życie jest pełne samonapędzających się wydarzeń, powodujących, że „warto, warto żyć!”. Każdy z utworów to odrębny klejnot, a każdy wiersz – jak zaznacza sama artystka na okładce płyty – „to osobisty spektakl”. Garnitur brzmień (klarnet, gitary, skrzypce, trąbka, kontrabas, akordeon) rozkłada się u stóp ponętnie, ułatwiając dotarcie do sensu słów. W Teatrze – co rzecz niemal oczywista – nie należy też zapominać o dźwięku fortepianu, dopieszczanego wizją kompozytorską Jerzego Chruścińskiego…

Y. Strzelecka: Najpiękniejszy kwiat Podhala (2008)

najpiekniejszykwiatUrodzona w 1899 roku Helena Roj doczekała się swojej biografii, w dużej mierze inkrustowaną kontekstem podhalańskim. Opublikowana wpierw w 2003 roku, wznowiona pięć lat później, zawiera wyrazistą postać kobiety zauroczoną ludem podhalańskim w sensie dosłownym i – co chyba zasadnicze dla jej biografii – czysto artystycznym i literackim. „Koleba na Hliniku”, którą opisywałem jakiś czas temu jest jednym z przykładów tego ostatniego.

Yaśmina Strzelecka, pianistka i znawczyni historii kulturalnej Zakopanego, podchodzi jednak do postaci Rojównej z pełnym szacunkiem do jej prywatnego życia, snując opowieść o jej rodzicach i licznym rodzeństwie, małżeństwie z Mieczysławem Rytardem i czasach okupacji. Nie brak ciekawostek, związanych min. z samym Rytardem, z którym miała Helena wziąć ślub także i po to, by czerpać energię do twórczych uniesień. Wszak Rytard był płodnym pisarzem, obracającym się w środowisku literackim. Interesujące jest również pominięcie przez Szymanowskiego nazwisk Rytardów przy okazji paryskiej premiery „Harnasiów”…

Biografię uzupełniają Marginalia prezentujące sylwetki i miejsca będące swoistym otoczeniem i dopełnieniem głównego zrębu książki. Całość opatrzona niezliczoną ilością portretów, reprodukcji starych fotografii oraz barwnymi kopiami obrazków na szkle autorstwa samej Rojównej.

Lope de Vega: „Na niby – naprawdę”

nanibyHagiograficzny kontekst dla wyodrębnienia misterium z pospolitej scenerii codziennych utarczek z losem jest tyleż narzędziem urokliwym w sztuce, co trochę jednak niepewnym, bo w znaczącym już stopniu sfatygowanym. Kulisy podążania za mistyką, rozedrgane dusze poszukujących jej z należytym sobie zapatrzeniem łatwiej sobie wyobrażać doświadczając owego nieziemskiego pierwiastka, który objaśnia wszelkie tajemnice i rozwiązuje spory, czasem – niestety dla sztuki i literatury – z pozycji Deus Ex Machina. I choć rozwiązania technologiczne bywają w teatrze kąskiem całkiem smakowitym, to w sztuce surowej, nieprzetworzonej przez zmysł aktora czy malarza, warto by tę subtelną boskość utrzymać na wodzy ulotności i finezji.

Sztuka Lope de Vegi jest zmysłowa dla konesera takiej metafizyki, która na zmianę z zastygłym w głaz autentyzmem świata kreuje życie najprawdziwsze z możliwych, choć często pozostające zgoła w przestrzeni międzydoznaniowej. Dioklecjan, jako zwykły żołnierz wyobraża zwyczajne życie, ale czy jako cesarz dostępuje doznań głębszych? Czy postać Genzjusza – aktora, który nawraca się podczas grania sztuki wyszydzającej chrześcijaństwo – jest wyrazem obecności metafizycznego zrozumienia? Lope de Vega, za nim zaś Andrzej Dziuk i jego aktorzy, stawia Dioklecjana w sytuacji pewnej przypadkowości; jest on zaledwie częścią migających wyobrażeń kolejnych władców. Ale też stanowi o rzeczy zasadniczej dla duchowości: przeciwstawia jedno misterium (chrześcijaństwo) innym, starszym (obyczaje przodków). Otwartość cesarza – aktora na scenie władzy – wpierw upośledza sztukę, nadając jej filuterny koloryt: sztukę przygotowaną przez Ginésa o miłości i zazdrości. Sploty tego, co poza teatrem i tego, co w jego centrum nieśpiesznie owijają się wokół widza (Dioklecjana? Nas?); przedstawienie Ginésa to jedynie pretekst do rozkochania w sobie Emilii – aktorki sztuki, zresztą z jej wzajemnością. W ten oto sposób to, co teatralne przestaje być grą, zaś to, co prawdziwe, staje się teatrem. Posługiwanie się na przemian imionami prawdziwymi i danymi bohaterom przedstawienia pobudza wrażenie artystycznej psychozy. Gdy sam Dioklecjan staje się częścią sztuki – coraz głośniej wybrzmiewa pytanie: co więc jest Na niby, a co jest Naprawdę?

Czy możliwe jest jeszcze głębsze przeobrażenie sceny? Trzeci akt staje się teatrem świata: Ginés (genialna rola Andrzeja Bieniasa) gra chrześcijanina, i to tak przejmująco, że się nim staje. Postępujące zbawienie Ginésa (Genzjusza), jego rozmowa z Chrystusem przebiega w coraz silniejszym zespoleniu widza z aktorami. Andrzej Dziuk poszedł dalej niż de Vega: aktorzy zaczynają mówić do siebie swoimi prawdziwymi imionami. Każdy z nas – widzów – nie chce lecz musi przywdziać maskę Dioklecjana, już nawet nie z uwagi na posłanie nawróconego aktora na śmierć (doświadczamy wszak postępującego napiętnowania metafizyczności), ale przede wszystkim dlatego, by zagubić się na drodze łączącej twórcę i odbiorcę. Z witkacowską plastycznością przynależną Teatrowi i jego trupie, z chorobliwym wyuzdaniem i rozmachem przestrzennym (spektakl inaugurował oddanie nowej sceny) „Na niby – naprawdę” jest przedstawieniem wyjątkowym, przypominającym te dawniejsze misteria, z których wracało się nocami… Płyta z muzyką Jerzego Chruścińskiego dopełnia tę wyjątkowość, zwłaszcza głosem Doroty Ficoń, penetrującym niedotknięte dotąd punkty uwrażliwienia na sztukę.

(zdj. ze strony Teatru)

Pertinax : O przyszłość Zakopanego (1918)

Zakopane dość często bywało punktem honoru na drodze do poprawy rzeczy istnienia. Kuracjusze, przejezdni piewcy kultury, wreszcie żurnaliści już po kilku godzinach pobytu w stolicy Tatr mieli na podorędziu garść porad, pretensji i niezadowolonego cmokania na stan budynków, ulic, kulturę osobistą górali etc. Czasem owe cmokania uderzały w ton krotochwilny, ale pojawiały się też tu i ówdzie drętwe raporty. „O przyszłość Zakopanego” to precyzyjnie ułożony zbiór zasad, jakie panować winny w Zakopanem, tak aby goście doń zjeżdżający opuszczali je z dobrymi wspomnieniami. Kwestie komunikacyjne otwierają tę rozprawkę, odnosząc od razu rodzime administrowanie przewozami do takich samych w Niemczech i Czechach. Wiadomo, zawsze uczyliśmy się od sąsiadów, nigdy nie stać nas było na awangardę. Pewne trudności spotykające przyjezdnych nie zmieniły się do dziś: pociągi przyjeżdżające o 6 rano wypluwają turystów, którzy mogą tylko pomarzyć o wykupieniu doby hotelowej, a sklepiki, w których można by wypić coś ciepłego, są jeszcze zwyczajnie zamknięte. Kwestie pijaństwa na dworcu także „ujęły” autora broszurki, który z powodzeniem mógłby i dziś ją napisać. Z iście dziennikarskim zamysłem proponuje on np. likwidację restauracji III klasy, w której pojawiają się „wypędzeni z innych szynków pijani”. Dziennikarze jednakoż zawsze jakoś mieli skłonności do agresywnych regulacji, nawet tych rozświetlonych „słusznością sprawy”.

Regulacja Zakopanego to drugi punkt, jaki leży na sercu autorowi. Uderza bezpardonowo w granice uzdrowiska, zagospodarowanie ulic, parków i placów, kładąc szczególny nacisk na brak kanalizacji, projekty sanatoriów, sieci telefonów i telegrafów, tworząc w ten sposób plan regulacji idealnej. Konieczność istnienia miejskiej otuliny, zbyt wąskie ulice, konieczność istnienia odpowiedniej szerokości chodników i odległości między domami (choć w dzielnicach handlowych już nie!), inwestycje sanitarne i śmietniki miejskie – oto problemy, jakim postanowił zając się poznański dziennikarz. Na koniec uderza w górali, pośród których „panuje pewna tradycyjna odporność przeciw inwestycjom”. No, ale jeśli inwestycje państwowe ingerują w przestrzeń prywatną, to chyba ową odporność można potraktować jak organiczny układ immunologiczny – przynajmniej z pokorą. Mnóstwo pomysłów, całkiem ciekawych i przecież nie od rzeczy, kojarzą się jednak z układaniem klocków na dywanie, może i przemyślanym, ale chyba nie do końca przewidującym. Ogólne jednak zasady (uregulowanie komunikacji, nadzór nad wykonywaniem ustaw i uchwał) wydają się słuszne.

Warto też wspomnieć, że Pertinax to pseudonim Witolda Noskowskiego, dziennikarza działu kultury i sztuki w „Kurjerze Poznańskim”  oraz ojczyma Jerzego Młodziejowskiego, kompozytora, którego życie było silnie związane z Tatrami i Zakopanem. 27-stronicowa broszurka to arcy-rzadki druk będący odbitką ze wspomnianego „Kurjera Poznańskiego”, wydany przez Księgarnię Podhalańską w Zakopanem.