A A A

"Pan Angelus wraca do domu"

Uliczny pył, wszędobylski, zasnuwający zwykłe i niepokorne gesty życia, tak bardzo potrzebny, gdy staramy się wydłużyć drogę do domu, nawet gdy ów dom stanowi jedyną docelową stację, po codziennej podróży przez czas, po ciężkim dniu pracy. Ludzie i ich kroki; każdy do czegoś spieszy, do czegoś tęskni.

Pan Angelus nie tęskni do domu. Może i by tęsknił, gdyby powitały go puste ściany, takie przeorane wściekłymi pazurami bezpiecznej samotności, nie odpowiadającej za nic, o nic się nie troszczącej. Może. Bo przecież i ta skarlała obecnie samotność potrafi obudzić złość, a tę zazwyczaj trzeba wyładować.

Pan Angelus drepcze powoli niewielką uliczką, nie śpiesząc się do domu w ogóle. Nie chce otwierać drzwi, nie chce nasłuchiwać dźwięków rodzinnych uciech, szczęścia przeszywającego jego tak pielęgnowany stan najwznioślejszej tożsamości emocjonalnego biedaka, ale i jednocześnie intelektualnego bogacza. Lubił o sobie myśleć w ten sposób. Rozkoszne poczucie więzi w centrum rodzinnego gniazda, kolebka idyllicznej szczęśliwości – uchodzące za wzór i podstawę istnienia. Tego nie lubi. Nie tęskni. Nie potrzebuje. Żona, dzieci – tak bardzo inny Wszechświat. Wszystko poza Nim wydaje się przyjaźniejsze.
Wczoraj znów miała pretensje. Coś jakby cień czegoś niepokojącego w jego oczach, przez krótki moment, ale tak cholernie zauważalny – jak to potem określiła w przypływie desperackiej walki o Nich. Coś jakby cień Obcego.

Jedyne co umiał to łagodzić. Nawet specjalnie nie udawał. Poszedł do niej i łagodził. Siedzieli na łóżku a on łagodził jej podejrzliwe oczy, łagodził jej wykrzywione płaczem usta… Nie ułagodził tylko swych dłoni, ściśniętych w bezsilne piąstki zagubionego chłopca. Uspokoiła się i uśmiechnęła. Poszli do dzieci. Razem.

Pan Angelus nie śpieszy się do domu. Owa magia polegająca na wyczarowywaniu łagodności, tego tak zwanego emocjonalnego wsparcia, wymaga wysiłku, na który coraz rzadziej go stać. Pan Angelus już nie chce. Krztusi się rodzinnym „memłaniem”, niańczeniem ciepłych spojrzeń, głaskaniem codziennego bólu, na śmierć prawie. Ubieranie drzewka bożonarodzeniowego, z którego w najmniej odpowiednim momencie spadają ozdoby, dzwonek do drzwi, który obwieszcza przybycie cudownych przyjaciół, widok z okna, wciąż ten sam: te same kałuże, ludzie, te same kwiaty w doniczkach tuż przed jego nosem. Każdego dnia, każdego ranka – tego wszystkiego pan Angelus ma dość.

Kiedy otwiera drzwi mieszkania, zaciska usta, by po raz kolejny wymienić znudzoną maskę męża na pełną jakiejkolwiek pełni maskę narzeczonego, albo kogokolwiek, byle była, niby od zawsze, na twarzy. Cicho zamyka za sobą drzwi, mając nadzieję na jeszcze jedną małą chwilę samotności, nim Ona podejdzie i jak zwykle zapyta o dzisiejszy dzień.
Puste miejsca po obrazach początkowo nastrajają go pozytywnie, jakoś tak odżywczo. Z półek ich wspólnego księgozbioru w odruchu desperackiej żałości wyłupała niezgrabnie swoje książki; pozostała część walała się bezładnie na podłodze. Puste szafy i pootwierane, wyssane z resztek małżeństwa szuflady nie mogły powiedzieć już nic więcej. Jedynie łóżko przyjmuje pana Angelusa z dawnym ciepłem.

Jego oczy są niewzruszone do końca. Jedynie chłód w żołądku uświadamia mu puste miejsce nad drzwiami, puste po małym krzyżyku… Podnosi wzrok i teraz zauważa ów wykarczowany fragment. Jakby ktoś przejechał po nim wściekłą ręką: wydaje mu się nawet, że widzi ślad palców, albo czegoś, co potrafiąc łagodzić, zabija z zimną krwią. Ta jedna jedyna łza jest tylko na chwilę. Przez chwilę. Pan Angelus ociera ją. Chłód w żołądku wzmaga się, mrożąc płuca, ręce i nogi. Po chwili dociera do serca i oczu. Pan Angelus barki ma teraz lekkie, unosi się aż pod sufit z tej lekkości. I wciąż nie wierzy swoim łzom.
 

2009-2017 Artur Nowakowski :: webdesign - grafika